We wtorkowym „Dzienniku”, w dodatku „Wall Street Journal” ukazała się rozmowa z Jamesem S. Turleyem, prezesem Erns&Young (*). Przekaz jest taki jak tytuł: Im więcej kobiet menedżerów, tym firma osiąga lepsze wyniki.

– Potrzebujemy ludzi, którzy spojrzą na znane problemy w nowy sposób, którzy wniosą do zespołu kierowniczego różne umiejętności i odrzucą „Myślenie grupowe” – stwierdził James S. Turley.

Prezes Ernst&Young powołując się na raporty grup badawczych udowadnia tezę z tytułu. I tak, ostatni raport Catalyst pokazuje, ze w gronie firm z listy Fortune 500, te, które mają więcej kobiet w radach nadzorczych radzą sobie lepiej pod względem finansów niż zdominowane przez mężczyzn. Raport firmy McKinsey stwierdza, że firmy posiadające trzy lub więcej kobiet na stanowiskach menadżerskich wypadają lepiej pod względem organizacyjnym. Z raportu Conference Board od Canada z 2002 roku wynika, ze rady nadzorcze, w których zasiadają kobiety częściej myślą o ryzyku i dbają, by w firmie nie dochodziło do konfliktów interesów i by kodeks postępowania był przestrzegany.

Nie chodzi o to, że kobiety podejmują lepsze decyzje. Kobiety mają jednak większe wyczucie ryzyka, podejmują decyzje kierując się innymi czynnikami niż mężczyźni i lepiej niż panowie potrafią wytropić oszustwo.

Brak wystarczającej liczby kobiet na stanowiskach decyzyjnych pozbawia firmy – i globalną gospodarkę – zróżnicowania w myśleniu i szukania pozytywnych rozwiązań. (…) Prawdziwy sukces odniesiemy, zdaniem Turleya, kiedy firmy zrozumieją, że najlepsze strategie wykluwają się po wzięciu pod uwagę wielu perspektyw i różnych poglądów – mężczyzn i kobiet, starych i młodych, tych, którzy mają całkowicie różne punkty widzenia, wykształcenie lub mówią różnymi językami.

Turley kończy, że nie jest to proces łatwy i firmy mają bardzo długa drogę do przebycia. Ale celem jest osiągnięcie lepszych rezultatów dla wszystkich.

(*) Z tego, co się orientuję tekst nie ukazał się w wydaniu online.


„Rzeczpospolita” dotarła do badań nad relacjami lekarzy i firm farmaceutycznych. Jak informuje dziennik, wyniki są poruszające.

Wypisywanie recepty lekarze coraz częściej traktują jak transakcję z firmą, która dany lek wyprodukowała. „Lekarze oczekują gratyfikacji, partycypacji w zyskach, jakie firmy osiągają dzięki ich przychylności. Ma to być rekompensata za złą sytuację służby zdrowia i ich niskie pensje” – piszą autorzy raportu.

Alarm podniosły już same firmy farmaceutyczne bo lekarze żądają od nich coraz więcej. Winią za to „złą reputację” branży – od nieetycznych firm lekarz domaga się więcej, żeby udobruchać swoje sumienie. A dlaczego branża jest zła? Bo Ministerstwo Zdrowia wprowadziło przepisy, które zakazują lekarzom spotykania się lekarzom z przedstawicielami medycznymi w godzinach pracy i tym samym wysyła do społeczeństwa sygnał, że te firmy nie działają w jego interesie.

Co na to lekarze? Niektórzy mówią wprost, że jeżeli firmy im zapłacą, to będą się spotykać poza godzinami pracy. Ale nie wszyscy. Część środowiska lekarskiego twierdzi, że nowe przepisy pozwalają  „uporządkować sytuację”, bo ciągłe, nawet kilkukrotne w ciągu dnia, wizyty przedstawiciele medyczni „utrudniały im pracę i wywoływały konflikty z pacjentami”.

Zgodnie z Kodeksem etyki lekarskiej lekarz nie powinien przyjmować korzyści od przedstawicieli przemysłu medycznego, jeżeli może to ograniczyć obiektywizm jego opinii zawodowych lub podważyć zaufanie do zawodu lekarza. Udział lekarza w badaniach powinien być ograniczony do badań, które pogłębiają wiedzę medyczną lub zawodową.  Z badań firmy Sequence, na które powołuje się „Rzeczpospolita” wynika, że lekarze nie traktują kodeksu poważnie.

Nawet 80 proc. lekarzy przepisujących antybiotyki na choroby układu oddechowego uczestniczy w tzw. badaniach obserwacyjnych (sprawdzają ewentualne skutki uboczne już zarejestrowanych leków). W praktyce są to promocje i programy lojalnościowe oferowane lekarzom przez firmy. Mimo że firmy często przekonują, iż badania mają walor naukowy, to autorzy raportu podkreślają: „Korzyści, jakie widzą lekarze w badaniach obserwacyjnych, to przede wszystkim możliwość uzyskania gratyfikacji. Sami lekarze zauważają, że badania służą jedynie podniesieniu sprzedaży leku”.

Podsumowując: nowe przepisy są złe, bo utrudniają firmom dotarcie i kupienie lekarzy. Lekarze nie widzą nic złego w braniu pieniędzy od koncernów tłumacząc to tym co zwykle, małymi pensjami. I tak jak zwykle najgorzej na tym wychodzi zwykły człowiek. Bo gdy już odstoi swoje w kolejce do lekarza, to wyjdzie z gabinetu z receptą lek, którego producent musi opłacać swoich przedstawicieli medycznych.

„Rzeczpospolita”: Sponsoring na receptę


Jak informują media we wtorek, Englaro zmarła wczoraj wieczorem. W „Dzienniku” czytamy:

Włoszka, która od 1992 r., po wypadku samochodowym, znajdowała się w stanie wegetatywnym, zmarła w domu opieki w mieście Udine na północy Włoch. Wiadomość o jej śmierci nadeszła w chwili, gdy włoski Senat od kilkudziesięciu minut debatował nad specjalną ustawą, która pozwoliłaby uratować Eluanie życie. Projekt regulacji w pilnym trybie złożył rząd Silvia Berlusconiego. Premier przegrał jednak walkę z czasem. Agonia kobiety trwała krócej niż przewidywali lekarze – zmarła czwartego dnia po odłączeniu karmienia.

Wszystkie największe włoskie gazety komentują tą śmierć.

Wydawany przez rodzinę Belrusconiego „Il Giornale” na pierwszej stronie pisze „Gratulacje Napolitano”, a następnie wymienia listę osób odpowiedzialnych za tą śmierć, na której znaleźli się lekarze, prokuratura w Udine i oczywiście prezydnet Napolitano.

W komentarzu redakcyjnym „Corriere della Sera” czytamy: „W przypadku Eluany Englaro sępy, które zazwyczaj rzucają się na zmarłych, zawzięły się na osobę żywą, chociaż umierającą”.

„La Repubblica” pisze o „końcu kalwarii” kobiety i jako godne potępienia określa fakt, że życie i agonia Englaro zostały wmieszane w politykę. Jak pisze redaktor naczelny, ta śmierć „stała się czystym symbolem batalii władzy”.

Cóż więcej można powiedzieć? Zakończyła się trwająca kilka lat najgłośniejsza w Europie batalia o eutanazję. Koniec faktów, dalej są już tylko komentarze.

Czytaj więcej:

Komentarze włoskiej prasy na Onet.pl

Komentarze po śmierci na Gazeta.pl

„Dziennik” o śmierci Englaro

„Polska” o odłączeniu Englaro

„Newsweek” za PAP

O śmierci Englaro nie napisała nic Wyborcza. Przynajmniej nie ma nic w jej serwisie internetowym.


Talibowie ujawnili film, na którym widać, jak obcinają głowę porwanemu we wrześniu pracowniku Geofizyki Kraków. Polski MZS zaapelował do mediów o cenzurę w imię wrażliwości.

„MSZ apeluje do wrażliwości (dziennikarzy), zwłaszcza mediów elektronicznych i telewizyjnych, jeśli taka sytuacja będzie miała miejsce. Liczymy, że weźmiecie państwo pod uwagę bliskich porwanego i jego rodzinę oraz to, co taki widok może dla nich znaczyć. Prosimy o wstrzemięźliwość w rozpowszechnianiu tego rodzaju dowodów” – powiedział Jacek Najder, wiceminister spraw zagranicznych.

Jak tłumaczy Jacek Cichocki, sekretarz stanu w kancelarii premiera, Talibom zależy na pokazaniu tego filmu jak najszerszej widowni i dlatego polskie media nie powinny im w tym pomagać.

– Epatowanie tego typu obrazami jest nieetyczne, dlatego należy zachować godność wobec śmierci tego człowieka – mówi „Dziennikowi” Jarosław Gugała, szef „Wydarzeń”, zapewniając, że Polsat nie pokaże śmierci inżyniera.

– W „Faktach” zdjęcia z egzekucji uprowadzonego Polaka na pewno by się nie pojawiły – zaręcza Kamil Durczok z „Faktów” TVN.

Czy telewizje powinny pokazać ten film? Rozumiem, że argumentem przeciw jest brutalność scen. Drastyczność, która może źle wpłynąć na syna zabitego inżyniera i jego byłą żonę, oraz która może zwykłych obywateli przyprawić o mdłości. Ale czy w kwestii drastycznych scen przeciętnego widza telewizji może coś jeszcze zaskoczyć? Wydaje mi się, że w konkurencji z holywoodzkimi produkcjami zabójstwo Polaka wypadłoby słabiutko. Jeżeli chodzi o stan psychiczny syna, nawet jeżeli nie zobaczy tego w wieczornym dzienniku, włączy YouTube i obejrzy sobie ostatnie chwile życia ojca.

Artykuł w „Dzienniku”

Artykuł na Gazeta.pl

Czy więc autocenzura mediów jest potrzebna/konieczna/wymagana/ważna? (niepotrzebne skreślić)

Czy media powinny ograniczać dostęp obywateli do informacji w imię, jak sugeruje MSZ, ich wrażliwości?


Wbrew zapowiedziom Berlusconiego, włoski parlament nie zajął się w weekend projektem ustawy, która postrzymałaby odłączenie Englaro od aparatury podtrzymującej życie. Być może stanie się to dopiero 12 lutego (czwartek). Prezydent tak jak zapowiedział w piątek, nie podpisał dekretu, a lekarze przestali podawać pacjentce pokarmy. Ich zdaniem śmierć potrwa około dwóch tygodni, ale już po trzech dniach zmiany w organizmie Englaro spowodowane brakiem środków odżywczych będą nieodwracalne. – Nikt jej nie zabija, ona nie żyje od czasu wypadku drogowego – tłumaczą lekarze.

Zobacz także:  Czy Belrusconi powstrzyma najgłośniejszą eutanazję ostatnich lat?

Więcej: Tekst Tomasza Bieleckiego na Wyborcza.pl

Onet.pl za Polską Agencją Prasową


Specjalnym dekretem chce  premier Włoch zablokować decyzję o wstrzymaniu podawania pokarmów Eulanie Englaro. Na odłączenie znajdującej się od 17 lat w śpiączce Englaro zgodził się w listopadzie Sąd Najwyższy. Dekret premiera zawetował właśnie prezydent Napolitano.

Przyjęty w piątek 6 lutego 2008 roku przez włoski rząd dekret stanowi, że nie wolno przerwać podawania pożywienia i napojów osobom, które nie są w stanie zadbać o siebie. Na wieść o decyzji rządu prezydent Włoch uprzedził, że nie podpisze dokumentu sprzecznego z decyzją Sądu Najwyższego. Belrusconi nie przejął się tym i oświadczył, że posiada w Sejmie większość niezbędną do wprowadzenie go w życie nawet przy sprzeciwie prezydenta. Jak pisze Tomasz Bielecki w „Gazecie Wyborczej” „niewykluczone, że prezydent Napolitano skieruje projekt dekretu do trybunału konstytucyjnego, a ten wykaże, że nie spełnia on wymogu >>nagłości<< dzięki któremu rząd może uchwalać obowiązujące przez dwa miesiące prawa (dekrety) bez uprzedniej zgody parlamentu”. Na razie jednak lekarze rozpoczęli procedurę odłączania Englaro od aparatury podtrzymującej ją przy życiu.

Słowem przypomnienia: Eluana Englaro urodziła się 25 listopada 1970 roku we Włoszech. 18 stycznia 1992 roku miała wypadek samochodowy i od tego czasu znajduje się  w nieodwracalnym stanie wegetatywnym. Lekarze  potwierdzają, że uszkodzenia w jej mózgu nie rokują żadnych szans na powrót do normalnego życia. Teraz jest podtrzymywana przy życiu dzięki aparaturze wprowadzającej pokarm bezpośrednio do żołądka. O zgodę na odłączenie Eluany od sondy wystąpił jej ojciec. Jak tłumaczył Beppino Englaro

W  grudniu 1999 roku prośbę odrzucił sąd w Milenie, a w 2005 r. sąd apelacyjny.

16 października 2007 roku sąd kasacyjny skierował sprawę do ponownego rozpatrzenia.

9 lipca 2008 roku sąd w Milanie wydał decyzję zgodnie z którą ojciec ma prawo zadecydować o odłączeniu Englaro od aparatury podtrzymującej życie.

13 listopada 2008 roku wyrok podtrzymał Sąd Najwyższy.

Przeciwne eutanazji włoskie Ministerstwo Zdrowia robi wszystko, żeby nie dopuścić do odłączenia. Minister zakazał szpitalom udziału w „zabijaniu pacjentki Elauny Englaro”. Kościół wypuścił butelki z „wodą dla Eulany”, na których znalazły się hasła „Nie przerywajcie odżywiania” i „Nie pozwólcie jej umrzeć z pragnienia”.

W lutym 2009 Eluana Englaro została przewieziona do kliniki „La Quiete” („Spokój”) w mieście Udine w północno-wschodnich Włoszech. klinika nie podlega zakazowi ministra i  posiada zespół składający się z wolontariuszy przygotowany do przeprowadzenia eutanazji.

Tam przez trzy dni miała być na obserwacji. Czwartego dnia odłączono by sondę i rozpoczęto podawanie środków przeciwbólowych by do jej mózgu dotarły jakiekolwiek bodźce bólowe.. Po około 20 dniach Eluana umarłaby z głodu i odwodnienia.

Informacja na anglojęzycznej Wikipedii

Galeria zdjęć Elueny Englaro


Sprawa następująca – watykańskie radio poprosiło Daniela Vasellę, szefa firmy farmaceutycznej Novartis, żeby raz w tygodniu na antenie komentował aktualne wydarzenia. Ale dość szybko propozycję wycofano, a całą sprawę próbuje się traktować jako niebyłą. Dlaczego?

Ktoś bystry w Stolicy Apostolskiej przeczytał w gazecie, że farmaceutyczny gigant jest producentem tabletek antykoncepcyjnych. A to wbrew doktrynie Kościoła. W gronie biskupów uzgodniono, że źle by wyglądało, gdyby osoba kierująca całym biznesem, w katolickim radiu wypowiadała się na kwestie etyczne. I propozycje cofnięto.

Co z tego, że firma produkuje też leki dla chorych na raka (zob. Gleevec). I co z tego, że pierwszy komentarz Vaselli, który zaplanowano na sobotę 7 lutego 2008r., miał dotyczyć skutków złego zarządzania firmami. „Postawa Watykanu wobec sztucznej antykoncepcji nie może być przedmiotem najmniejszych wątpliwości” – napisano w oświadczeniu opublikowanym na stronie internetowej (zob. www)

Czy decyzja biskupów była właściwa? Czy sprzeczne postawy moralne (Vasalli i Watykanu) to wystarczający powód, by zabronić mu wypowiedzi nt. zarządzania firmą? Czy osoba, która bierze tabletki antykoncepcyjne też nie powinna wypowiadać się w katolickim radio?

Daniel Vasella na Wikipedii

CV Vaselli na stronie Novartis

Ta informacja na Onet.pl