„Dziennik” publikuje artykuł o surogatce, która nie chce oddać dziecka parze, która wynajęła jej brzuch.

Historia prosta, że aż banalna. Biedna dziewczyna ze wsi pod Łodzią, kilka lat temu zostawił ją mąż, sama wychowuje dwie córki. Żyją na 30 metrach kwadratowych, bieda aż piszczy. Pewnego dnia kobieta dowiaduje się o agencji Elizabeth, która pośredniczy między parami niemogącymi mieć dzieci, a kobietami, które są chętne im je urodzić.

Opisywana kobieta skontaktowała się z Elżbietą Szymańską, która prowadzi agencję, następnie poznała parę, której miałaby urodzić dziecko, podpisali umowę, zaczęły wpływać na konto pieniądze i wszystko byłoby pięknie, gdyby po urodzeniu kobieta nie postanowiła, że dziecko zatrzyma. Niedoszli rodzice powołując się na umowę, na mocy której miała otrzymać 30 tys. złotych, odebrali jej synka.

Jak w dobrej bajce znaleźli się prawnicy, psychologowie i psychiatrzy, którzy zaoferowali pomoc w odzyskaniu syna. Kobieta jednak postanowiła, że „dla dobra dziecka” („mogłoby się zdarzyć, że na czas rozwiązania sprawy mały trafiłby do domu dziecka. A to jest ostatnia rzecz, jakiej bym chciała”) zrezygnować z walki o prawo do opieki.

Test przykro się czyta, bo jest pisany pod tezę – źli ludzie wynajęli brzuch i wykorzystali biedną, skołowaną kobietę, która teraz jest w ciężkiej depresji i stara się zapomnieć o tym, że straciła dziecko.

Zastanawiam się, jaki cel tego artykułu i dlaczego ukazał się właśnie teraz. Po lekturze tego tekstu większość czytających będzie przekonanych, że proceder wynajmowania brzucha to coś najstraszliwszego na świecie („Jestem gotowa stanąć przed sądem i świadczyć przeciwko ludziom, którzy robią biznes na cudzym nieszczęściu. To, co zrobiłam, to największy błąd mojego życia. Żadne pieniądze nie były tego warte”). Brak przedstawienia argumentów drugiej strony  ma uzasadniać stwierdzenie: „Ludzie, którzy wynajęli brzuch Bożeny, kategorycznie odmówili rozmowy z Dziennikiem”.

Pomimo to test warty przeczytania choćby ze względu na poznanie, jak wygląda tekst, którego autorka z góry wie, co jest dobre, a co złe.

„Dziennik”: Dramatyczna historia surogatki

Zobacz na blogu: „Wynajmę brzuch na 9 miesięcy”

Reklamy

Niemiecki sąd oddalił wniosek o zakazanie emisji programu, w którym nastolatki opiekują się niemowlętami wypożyczonymi od rodziców.

Ponad 60 organizacji domagało się zakazania emisji programu „Dorosły na próbę” w RTL, w którym nastolatki opiekują się niemowlętami wynajętymi od prawdziwych rodziców. Sąd w Kolonii oddalił wniosek i pierwszy odcinek programu, który w Stanach bił rekordy popularności, wyemitowano w niemieckiej telewizji w środę.

Jak tłumaczy rzecznik telewizji RTL, celem programu jest sprawdzenie, jak dzieci poradzą sobie z utrzymaniem domu, wychowaniem dzieci, domowymi finansami. Dodaje, że niemowlęta były cały czas bezpieczne, ich rodzice mogli obserwować, co się z nimi dzieje, a nad całością czuwają pedagog, pielęgniarka i psycholog.

Organizacje domagające się emisji programu, nazwały go „nową forma prostytucji”. Pomimo protestó sąd oddalił wniosek uzasadniając tym, że nie jest właściwy do orzekania w tego typu kwestii i dodając, że za sprawy ochrony praw dzieci i młodzieży w prywatnych mediach odpowiadają urzędy ds. środków masowego przekazu w krajach związkowych.


Ciekawą historię opisuje dzisiejsza włoska prasa.

Pewna para z Vigevano na północy Włoch bezskutecznie starała się o dziecko, aż pewnego dnia zdecydowali się na zapłodnienie pozaustrojowe. Nieszczęśliwy wypadek sprawił, że mężczyzna zapadł w śpiączkę, w której znajduje się do dziś. Kobieta jednak nie zrezygnowała z dziecka i wystąpiła do włoskiego sądu o zgodę na przeprowadzenie sztucznego zapłodnienia z nasieniem męża.

Materiał genetyczny został pobrany przez ginekologa i położnika Severino Antionori, znanego z eksperymentów z kolonowaniem.

Kobieta w uzasadnieniu dla sądu powoływała się na zeznania świadków, którzy mogli potwierdzić, że jej mąż chciał mieć dziecko dzięki in vitro. Mogli, ale nie potwierdzili, bo – jak donosi prasa – nie zostali nawet przesłuchani. Sąd bez ich opinii orzekł, że brakuje wyraźnej zgody mężczyzny i dlatego zapłodnienie nie może zostać przeprowadzone.

Antinori określił ten wyrok jako religijny, a kobieta już zapowiedziała odwołanie..


strzykawkaEksperymenty na zwierzętach są bolesne i stresujące dla zwierząt, ale także kosztowne i czasochłonne dla ludzi – stwierdza „The Economist” i opisuje nowe prawo Unii Europejskiej, które pozwoli oszczędzić i cierpień i czasu i pieniędzy.

(fot.: www. sxc.hu)

Wg danych Nuffield Council on Bioethics przytaczanych przez tygodnik każdego roku na świecie do badań wykorzystywanych jest od 50 do 100 mln zwierząt. W samej Europie, która ma w tym obszarze najostrzejsze prawo, eksperymentom poddawanych jest 12 mln zwierząt, a liczba ta rośnie głównie za sprawą eksperymentów polegających na wszczepieniu zwierzętom genów roślin, dzięki czemu ich reakcje bliższe są reakcjom człowieka.

Ale, jak podaje „The Economist”, wkrótce prawo Unii Europejskiej może zmienić ten stan rzeczy, choć jak to bywa ze stanowieniem prawa w UE, będzie to długotrwały proces.

Nowe prawo ma dwa cele – pierwszy polega na przekonaniu naukowców do poszukiwania innych sposobów badań naukowych (jak wykorzystanie tkanek ludzkich czy systemów komputerowych). „Economist” uzasadnia, że czasem badania na zwierzętach dają niewiarygodne wyniki, bo ludzie mogą inaczej reagować na te same środki.

Drugim celem jest obowiązek upublicznienia nie tylko wyników udanych badań, jak to ma miejsce obecnie, ale także wyników badań, które nie przyniosły oczekiwanych rezultatów, a także ich przebiegu. Pozwoli to z jednej strony zaoszczędzić fundusze na badaniach tego samego obszaru, z drugiej cierpienia zwierząt, które byłyby poddawane podobnym eksperymentom – argumentuje „Economist”.

Ale prawo pozwalać będzie na powtórzenie zarówno badań z pozytywnym, jak i negatywnym wynikiem, dla potwierdzenia tego rezultatu.

Można mieć nadzieję, że choć zmiana prawa nie oszczędzi cierpienia zwierzętom, przynajmniej je ograniczy.

Artykuły w „The Economist”: Catheter and mouse, Suffering for science


„Poczęcia w naturalnym akcie wewnątrz małżeństwa” nie zaznał nawet mój Zbawiciel, nie odczuwam zatem nadmiernej potrzeby, by wymagać tego od zwykłych śmiertelników – pisze o projekcie ustawy bioetycznej Kazimierz Bem dr prawa międzynarodowego (Vrije Universiteit Amsterdam), student teologii Uniwersytetu Yale i przyszły pastor Kościoła Ewangelicko-Reformowanego (kalwińskiego).

Pierwszy zarzut, jakie wysuwa Bem, dotyczy składu zespołu Gowina. Jak zauważa, premier wybrał człowieka, którego poglądy są wyraźnie sprecyzowane, a ten zaś wg sobie tylko znanych kryteriów dobrał skład zespołu – lekarzy zajmujących się procedurą in vitro do komisji nie powołano, gdyż uznano, że są stroną w sprawie, profesor etyki Magdalena Środa była „zbyt kontrowersyjna”, ale profesor zakonnica już nie. Kilku liberałów, m.in. prof. Hołówka, było w zdecydowanej mniejszości.

Na szczęście, przypomina Bem, zespół stworzył dwa raporty – jeden w wersji przygotowanej przez liberałów, drugi przez konserwatystów. Ten drugi proponował tak restrykcyjne prawo, jakiego nie ma żaden europejski kraj. Przyszły pastor Kościoła Ewangelicko-Reformowanego pisze, że zamiast oddać kwestie przygotowania odpowiedniego ustawodawstwa w oparciu o dwa konkurencyjne raporty, osobie nie związanej z komisją, ster w ręce wziął Jarosław Gowin oświadczając z rozbrajającą szczerością, że ma już własny projekt ustawy. Bem pyta:  skoro to poglądy jednego posła mają być podstawą ustawodawstwa, po co bawić się w pozory niezależnego zespołu?

Jak twierdzi przyszły pastor, nie można mówić o konsultacja społecznych ws. projektowanego ustawodawstwa, bo rozmowa w kręgu konserwatystów i duchowieństwa, konsultacją nie jest.

Kolejnym zastrzeżeniem do projektu Gowina jest kwestia powstania życia. Nie jest bezdyskusyjne, że życie powstaje w chwili poczęcia. Zarodek nie jest, ale ma dopiero potencjał do stania się człowiekiem tak jak żołądź nie jest jeszcze dębem. Jak tłumaczy Kazimierz Bem, uznanie każdego zarodka za istotę ludzką prowadziłoby do prawnych absurdów.

Dr prawa międzynarodowego zauważa również, że w dyskusji o in vitro pomija się rolę kobiety. Gdy zarodek dopiero ma się stać człowiekiem, to kobieta jest osobą i należy skupić się na ochronie jej zdrowia i  życia.

Kolejnym argumentem przeciw projektowi Gowina, jest zdaniem Bema dostępność in vitro tylko dla małżeństw.

Kryterium dostępności metody in vitro powinno być dobro przyszłego dziecka, a nie stan cywilny jego rodziców.(…) Chciałbym zauważyć, że „poczęcia w naturalnym akcie wewnątrz małżeństwa” nie zaznał nawet mój Zbawiciel, nie odczuwam zatem nadmiernej potrzeby, by wymagać tego od zwykłych śmiertelników.

Ostatnim argumentem jest neutralność religijna zapisana w konstytucji. Katolicy nie muszą, jeżeli nie chcą korzystać z in vitro. Ale prawo powinno szanować również przedstawicieli innych religii oraz ateistów, a prawo proponowane przez Gowina tego nie gwarantuje.

Co więc proponuje przyszły pastor kalwiński?

Chciałbym, aby metoda in vitro była dostępna dla wszystkich stabilnych i kochających się par (małżeńskich lub nie), które się na nią zdecydują, i by koszty tej terapii nie stanowiły bariery, tak jak obecnie, dla korzystania z jej dobrodziejstw. Taka ustawa powinna dopuszczać tworzenie nadliczbowych zarodków i ich zamrażanie oraz przewidywać możliwość przekazania ich (nieodpłatnego) parom, które są gotowe je przyjąć, a same ich mieć nie mogą. Wszelkie regulacje prawne winny brać pod uwagę w co najmniej takim samym stopniu zdrowie kobiety, co zdrowie zarodka. By taką ustawę stworzyć, niezbędne są szerokie i rzetelne konsultacje społeczne.

„Gazeta Wyborcza”: Pseudodebata, marne prawo


„Nauczyciele etyki kończący uczelnie katolickie będą mało kompetentni i stronniczy. Nie sądzę, żeby osoby mające takie wykształcenie umiały spojrzeć bezstronnie na etykę katolicką i krytycznie rozważać jej kontrowersyjne tezy” – pisze Jan Hartman, profesor, filozof i etyk z krakowskiego Collegium Medicum UJ, na łamach „Gazety Wyborczej”.

Powierzanie nauczania etyki w szkołach publicznych księżom i katechetom nieposiadającym formalnych do tego uprawnień (studiów filozoficznych bądź studiów podyplomowych w zakresie etyki) jest niezgodne z przepisami oraz naganne moralnie. Owszem, nauczyciel etyki może być katolikiem i ma prawo przekonywać uczniów do poglądów katolickich. Nie może jednak być osobą urzędowo do tego zobowiązaną.

Hartman pisze, że w związku z tym wolność intelektualna katolickiego etyka jest ograniczona, bo jest on zobowiązany do propagowania katolicyzmu, a nie wolnej i niezależnej refleksji moralnej. Stąd, zdaniem etyka, katecheta będzie nauczał „wątpliwych moralnie treści”, ale zgodnych z nauką Kościoła np. że homoseksualizm jest „nieładem moralnym”. A wie to – podkreśla Hartman –  z własnych doświadczeń, bo jest absolwentem studiów filozoficznych na KUL.

Ponadto, jak twierdzi profesor, nauczanie etyki przez katechetów będzie sprzeczne z Konstytucją gwarantującą wolność od perswazji treści religijnych.

Przymuszanie dzieci należących do środowisk np. ateistycznych do wysłuchiwania pouczeń moralnych katechetów katolickich byłoby przewrotnym pogwałceniem wolności sumienia i wyznania.

Kolejnym argumentem wytaczanym przez etyka przeciw obowiązkowej etyce w szkołach jest marginalność nurtu etyki katolickiej we współczesnej akademickiej dyskusji etycznej i jej nieistotność dla większości ludzi.

Jako nauczyciel etyki wiem, że zdecydowana większość młodych Polaków ma poglądy etyczne bliskie epikureizmowi. Przeświadczenie, że kler katolicki reprezentuje moralność publiczną polskiego społeczeństwa, jest przesądem. Nie jest też prawdą, że istnieje jakaś „neutralna”, bezwyznaniowa część etyki katolickiej, której można by nauczać bez ingerencji w poglądy religijne uczniów. Nie znam ani jednej świeckiej tezy doktryny katolickiej.

Swój tekst Hartman kończy apelem do władz o wstrzymanie projektu wprowadzenia do szkół obowiązkowych lekcji etyki.

„Gazeta Wyborcza” – Nie wprowadzajmy etyki do szkół


Jak informuje dziennik „Metro”, członkowie sejmowej komisji etyki chcą stworzyć nowy kodeks etyki posła. Zdaniem członków komisji obecny kodeks nie sprawdza się, bo komisja może jedynie wymierzyć naganę, upomnienie lub uwagę. Kara zostaje wpisana do akt posła i nic ponad to z faktu ukarania nie wynika.

Dlatego członkowie komisji chcą karać posłów finansowo. Za obrażenie kogoś z mównicy sejmowej poseł będzie musiał zapłacić nawet kilka tysięcy złotych. – Jeśli poseł będzie miał świadomość, że może zapłacić np. połowę swoich zarobków [12 tys. zł brutto], dwa razy zastanowi się, zanim zacznie kogoś obrażać – mówi dziennikowi jeden z posłów.

Kiedy rozpoczną się prace nad nowym kodeksem nie wiadomo. Jak jednak zdradza Izabela Jaruga-Nowacka, w pracach nad nowelizacją oprócz posłów uczestniczyć będą etycy. Zdaniem posłanki mają oni powiedzieć, jak radzić sobie z nieetycznymi posłami.

Co o tym sądzić? Twarde kary finansowe i tak penwie nie zdyscyplinują posłów, ale to jest sprawa drugorzędna. W moim odczuciu kary finansowe nie powinny być zapisane w kodeksie etycznym, a w regulaminie Sejmu. Bo moralności nie można formować pałą.